Uwielbiam niedziele.
Wcale nie dlatego, że są wolne. Uwielbiam je, bo co tydzień spotykam się ze swoimi kochanymi dziećmi i w ten czas możemy wyjść na ognisko, czy posiedzieć w harcówce i najzwyczajniej w świecie pośmiać i pobawić się, jednocześnie czegoś się ucząc :)
W tą niedzielę, postanowiliśmy, że wyjdziemy do lasu. Poprosiłam Michała, by z nami wyszedł na ognisko, a on, nie mając dzisiaj zbyt wiele do roboty - wyszedł z nami :) Dzieciaki miały podwójną radochę, bo i jego towarzystwo lubią, a on sam posiada dość sporą wiedzę na temat fortyfikacji Świnoujścia z całej rozciągłości czasowej. Ma łeb gościu, trzeba przyznać :)
Niestety nic dla siebie nie znalazłam. Jedynie kij na laskę wędrowniczą, ale to w sumie żadne znalezisko - chciałam brzozę, która nie będzie za ciężka i nie będzie krzywa jak droga pijanego. Ciężka nie jest, ale idealnie prosta też niet. Zastanawiam się nad sosną, ona jest jak struna. A że w lesie teraz dużo ściętych młodych leży...
Oczywiście bez aparatu na wyjściu się nie obyło :)
Kiślak i Olaf podczas nieustającego przekomarzania się. Szalei kiedyś się z nimi nabawię, ale z nimi
to nigdy nie będę się nudzić :)